Witam na moim blogu.

Życzę przyjemnego wertowania moich przemyśleń. Zapraszam do komentowania.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie wewnętrzne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie wewnętrzne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 marca 2011

Mniejsze i większe zdrady

Troszeczkę zwlekałem z pisaniem na ten temat, ale nie chciałem o tym pisać wcześniej.

No to czym jest ta zdrada? 

Jak zajrzymy do słownika PWN to znajdziemy tam trzy znaczenia tego słowa:
  1. «działanie na szkodę narodu, kraju itp.»
  2. «niedochowanie wierności małżeńskiej lub partnerskiej»
  3. «odstąpienie od jakichś zasad, wartości, idei»
Właściwie z ostatniego z przytoczonych znaczeń wynikają pierwsze dwa. Zdradzić można na wielu polach. Współżycie poza związkiem jest zdradą fizyczną. Gdy ktoś utwierdza (ważne! utwierdza) drugą osobę w przekonaniu, że żywi do niej jakieś uczucia, a tak na prawdę nie czuje do niej nic, to mamy do czynienia ze zdradą emocjonalną. Oszukiwanie innej osoby oraz działanie na jej niekorzyść  np. prze pomówienia jest zdradą społeczną. I teraz coś dla polityków (ale nie tylko): Pokazywanie się w towarzystwie osób, których nie cierpimy, jakieś gesty, które podnoszą rangę społeczną danej osoby, stawiają ją w lepszym świetle (o "pustych" gestach już kiedyś wspominałem w poście Waga gestu), nie mające pokrycia w sposobie myślenia tej osoby, robione na pokaz - to też jest zdrada! Jest to zdrada relatywna.

Dużo tego... A teraz "Mistrzu! Skąd to się bierze?" Niestety nie ze sklepu... Najczęściej ze zwykłego samolubstwa lub egocentryzmu. Z chęci nawiązywania relacji łatwych, bez zobowiązań. Czasem z tego, że nie mamy siły i odwagi do stawienia czoła losowi. Są i gorsze przypadki np. gdy ktoś próbuje idealizować siebie w poczuciu tego, że zdradza, albo, już po zdradzie, pokazać, że jest ofiarą takiego stanu rzeczy. Do zdrady najczęściej posuwają się ludzie słabi, idący na skróty i Ci, którzy są wewnętrznie "nieuporządkowani".

Zdrada to inaczej kreowanie iluzji. Tylko po co to robimy, skoro gorzka prawda i tak wyjdzie na jaw?
Nie ma rozgraniczenia na mniejsze i większe zdrady. One są albo ich nie ma...

PS. Dziś mamy Tłusty Czwartek, więc nie pozostaje mi nic więcej jak życzyć Wam SMACZNEGO! :D

wtorek, 15 lutego 2011

Nieszczęśliwość

Ostatnim czasem wpadło mi ręce ciekawe nagranie. Jego tematem było to, dlaczego czujemy się nieszczęśliwi. Temat skomplikowany, bo jednemu do szczęścia trzeba czegoś takiego, drugiemu czegoś innego. Jednemu więcej, drugiemu mniej. Różni jesteśmy...

Najczęściej jednak stajemy się stajemy nieszczęśliwi z powodu sobie samych. Dziwne? Dziwne, ale prawdziwe. W znakomitej większości przypadków czujemy się nieszczęśliwi właśnie z powodu własnych niespełnionych ambicji, marzeń. Z powodu tego, że nasz los nie potoczył się po naszej myśli, czasem stało się coś zupełnie przeciwnego... Życie, po prostu życie. Czasem trudno jest się pogodzić z porażką, a myśl o niej zaczyna wpływać coraz bardziej na to, że boimy się stawić czoła kolejnym wyzwaniom. Czujemy się beznadziejni, akceptacja samego siebie gdzieś zanika...

Trzeba iść dalej. Ponazywać sobie wszystkie przyczyny i skutki, wyciągnąć wnioski, stwierdzić co trzeba zmienić, co można zostawić tak jak jest, wstać i iść. Możliwe, że trzeba będzie zmienić drogę, zostawić swoją przeszłość na innym torze.

Zbyt długo zwlekałem z ruszeniem z miejsca. Bałem się, że coś stracę. Ostatni miesiąc pokazał co jest czym, choć są i tacy co oskarżają mnie o "czystki". Ten czas niezbyt permanentnego odosobnienia pozwolił mi przemyśleć kilka spraw jeszcze raz.

To co jest prawdziwe niech zostanie, a to co jest iluzją niech przepadnie.

Moje "niewiele" to czasem "zbyt wiele" dla innych. Tylko dlaczego "zbyt wiele" wymagane przez mnie to "drobnostka" gdy wymaga ktoś inny? No właśnie...

Czy jestem szczęśliwy? Trochę tak i trochę nie. Z tą drugą częścią to powiedziałbym, że bardziej niespełniony jak nieszczęśliwy.

wtorek, 4 stycznia 2011

Zdrowy egoizm: sztuka dawania i przyjmowania

Egoista? Każdy z nas jest nim po trochu. W sumie, gdyby tak przestać zupełnie myśleć o sobie, to doprowadziłoby nas to chyba do zatracenia. Trudno sobie wyobrazić kogoś, kto przestał szanować siebie zupełnie, tylko po to, żeby wszystkim na około było dobrze. Bycie taką "Matką Teresą" (z całym szacunkiem dla niej), która patrzy tylko na potrzeby innych i niczego od nich nie wymaga jest owszem piękne, ale to nie jest sposób na życie. Altruistą można być, ale bez przesady.

Można oczywiście być kompletnym egoistą i patrzeć tylko na siebie, nie widzieć świata poza sobą. Takie zapatrzenie w siebie, swoje ambicje, cudowne plany to chyba najlepsza droga do samotności. W świadku takiego egoisty funkcjonuje tylko on sam. Niczego nie chce z siebie dać, ale zawsze ma jakieś wymagania wobec innych. Czasem kosmicznie wyśrubowane...

Zdrowy egoizm? A i owszem. To chyba jest najlepsze rozwiązanie. Trzeba jednak umieć dawać i brać. Nie mam na myśli wymagania cudów do innych.Zwykłe liczenie się z innymi osobami, ich zdaniem, wzajemność w relacjach. Gotowość do niesienia pomocy, ale również umiejętność proszenia o nią. Dążenie do kompromisu... Taki stan równowagi pomiędzy braniem i dawaniem w różnych aspektach życia.

Brak wymagań w relacjach międzyludzkich prowadzi do jednostronności tych relacji w dłuższym wymiarze czasu. Bezwzględny altruista "wychowa" sobie w ten sposób "na własnej krwi" egoistę. Chyba nie muszę pisać co się stanie, gdy ten pierwszy poczuje się wykorzystywany i zakręci kranik z "dobrem" albo się obudzi w nim asertywność, no nie?

Jak to jest z tym braniem? Znam osoby, które zawsze stroją fochy, gdy się im przyniesie jakikolwiek upominek z jakiejkolwiek okazji. Takie sytuacje są dość kłopotliwe dla dającego, gdy ktoś mu daje do zrozumienia, że niczego od niego nie chce, a on jak głupi stoi i właściwie nie wie co ma zrobić. Albo, gdy ktoś potrzebuje pomocy, ten co może jej udzielić się pojawia z propozycją jej udzielenia i nagle cudownie pomoc nie jest już potrzebna (ale tylko oficjalnie, bo jest potrzebna i to czasem nawet bardzo). Taka demonstracja, że się "obejdzie bez...". Przykre, ale prawdziwe i występuje w przyrodzie.

To moje postanowienie noworoczne: zaszczepić sobie więcej zdrowego egoizmu.

PS. Zapomniałem, a to jest pierwszy post w tym roku :-) Wszystkiego naj... naj...

środa, 8 grudnia 2010

Różnica między miłością a przyjaźnią

Pewien dominikanin przeprowadził wśród swoich podopiecznych ankietę, w której umieścił dwa pytania: "Co to jest miłość?" i drugie "Co to jest przyjaźń?". Zgodnie ze swoimi przewidywaniami trzymał podobne odpowiedzi na jedno i drugie pytanie. Czy to źle, że tak się stało? Stało się bardzo dobrze, bo miłość i przyjaźń mają swoją część wspólną. To w takim razie gdzie jest różnica? Jest i to znacząca:

Miłość jest doskonałą formą przyjaźni!!!

Gdy to usłyszałem, przyznam, że stanęła mi przed oczami pewna osoba, z którą jakiś czas byłem związany, już nie jestem, ale obiecaliśmy sobie, że zostaniemy przyjaciółmi. Obiecaliśmy sobie, a rzeczywistość pokazała, że ta osoba do dziś się dziwi, że moja relacja do niej jest zasadniczo podobna (podobna, a nie taka sama) do tej, którą kiedyś budowaliśmy. Ja nie widzę tu nic dziwnego... Czyżby znowu konflikt spojrzeń na świat? Od momentu rozstania zleniwiałem mocno, bo wcale mi się nie zbiera na spacerki po spalonej ziemi objętej zasięgiem jej systemu automatycznego kierowania ogniem rakietowym. Tam można tylko jakąś "zabłąkaną inaczej" rakietą oberwać a na to szkoda zdrowia.

Wracając do tematu: różnica w miłości jest tatka, że dąży się w niej do doskonałości a przyjaźń to jest taka miłość w wersji "do poprawek i rozbudowy". Przyjaźń może zostać tylko przyjaźnią, gdy jej nie rozwijamy. Nie jest jednak relacją przejawiającą się w dalekości od drugiej osoby. Jest tu taki mały dystans, ale powtarzam "mały". W miłości nie ma dystansu, bo ona go doskonale niweluje.

Jak już kiedyś wspomniałem, wizję miłości w spojrzeniu współczesnym w znaczącym stopniu wypacza to co nam "serwuje" świat. Przyjaźń też się znacząco zdewaluowała i dziś oznacza często tylko dobre kumpelstwo.

Jaka jest jakość miłości i przyjaźni pokazują te gorsze momenty, bo wtedy dopiero widać cały kształt tych relacji. A w życiu, jak to w życiu: "Spokojnie jak na wojnie..." (nie byłem w wojsku, ale jakoś mi się taki mundurowy humor dziś przywlekł).

środa, 22 września 2010

Wybaczyć samemu sobie

Mamy wybaczać sobie wzajemnie - to wiemy wszyscy. Jednak jest jedna rzecz, którą trzeba zrobić zanim się zabierzemy za przepraszanie, po tym jak coś przeskrobiemy. Trzeba w pierwszej kolejności wybaczyć sobie to, co złego zrobiliśmy.

Może to brzmieć dziwnie, ale wybaczenie samemu sobie polega na uświadomieniu sobie co było złe, czyli określeniu problemu. Potem trzeba się się pogodzić z prawdą o sobie samym. To jest chyba najtrudniejsze, ale niezwykle potrzebne w tym przypadku. Jeśli sobie nie wybaczymy, to zasypiamy z "bombą" pod poduszką. Wymuszanie na sobie zapomnienia o sprawie tylko odracza ostateczną rozprawę z samym sobą. Raz za czas coś będzie przypominało nam o zdarzeniu z przeszłości, znowu będzie nas bolało to, o czym tak skrupulatnie próbowaliśmy zapomnieć. To, że ktoś/coś nam tej "bomby" nie zdetonuje przecież wcale nie musi zależeć od naszej woli.

A co wtedy gdy sumienie dręczy do tego stopnia, że nie da się zapomnieć? Stanie się niewolnikiem przeszłości może być mieć bardzo poważne konsekwencje dla zdrowia psychicznego. Bycie okrutnym dla samego siebie, dręczenie się w skrajnych przypadkach może prowadzić do załamania nerwowego a nawet do samobójstwa. Przecież nie trzeba płacić za jeden zły uczynek całym życiem.

Pogodzenie się z samym sobą to jednocześnie wyciągnięcie wniosków i chęć budowania na tej wiedzy lepszego jutra. Owszem, przyjemniej jest się uczyć na czyichś błędach i doświadczeniach, ale z mądrości płynącej z własnych wpadek też trzeba korzystać.

"Lepsze jutro zależy od dziś"
/autora nie pamiętam/

PS. Suplement do tematu:  
ks. Marek Dziewiecki

środa, 25 sierpnia 2010

Prawda o samym sobie, czyli kim jestem?

Wstrzymałem się chwilę z tym tematem i tak się jakoś złożyło, że ubiegł mnie bastek;-) Tak bywa.Zamiast więc powtarzać jak papuga, to co on napisał, zacznę trochę ogólniej.

Lubimy się podobać innym. Nie ma w tym nic złego. Każdy potrzebuje akceptacji otoczenia, ludzi obok siebie - człowiek jest stworzeniem gromadnym i to nie ulega wątpliwości. Przypodobanie za wszelką cenę to jednak bardzo dużo kosztuje. Przywdziewamy maski... Dla koleżeństwa jedną, dla rodziny drugą, szefa trzecią itd. Mamy całą garderobę z takimi maskami na każdą okazję i tu pojawia się zagrożenie utraty świadomości samego siebie - tego człowieka, który te maski zakładał. Skoro świat nie akceptuje nas takich jakimi jesteśmy to może tych masek nie zdejmować? Wizerunek jest lepszy, wszyscy nas lubią, świat jest kolorowy... ...tylko, że nas samych jest w nim coraz mniej. Coraz mniej jest w nas samodzielnego rozumowania, coraz więcej myślenia według opinii innych osób, niekoniecznie wiedzących lepiej. Osobiście nie lubię osób co mi zawsze przytakują, zdają się na moją opinię. To jednak świadczy dużo o charakterze i sposobie bycia. Takie postępowanie pasuje na pewno politykom, bo społeczeństwu, które inteligencją odpowiada stadu baranów, można wkręcić każdy kit, łatwo nim manipulować.

Warto się czasem zatrzymać i spojrzeć na swoje życie, czy nie stało się ono jedynie teatrem, w którym gramy jakąś stworzoną przez nas rolę. Bo co będzie gdy ktoś nas zdemaskuje? Gdy zobaczy, że pod maską jest ktoś zupełnie inny? Czy stanie się wrogiem tylko dlatego, że pod maską dostrzegł prawdziwego człowieka z jego ludzką niedoskonałością? Z tym co zacytował bastek się nie zgadzam. Jest duża różnica między roztropnym i wyważonym podejściem do życia, a udawaniem kogoś, kim się nie jest. Tworzenie iluzji wokół siebie po zdemaskowaniu spowoduje jedynie utratę wiarygodności.

Życie to nie karnawał, zdejmijcie maski

Tyle w tym temacie. Zapraszam do wysłuchania konferencji "Stawać się sobą". Nagranie jest dość długie (64min.), ale mimo to polecam:

Baner pochodzi z http://www.xpiotr.pl/konferencje.php

PS. Tego, kim byliśmy w przeszłości już nie zmienimy. To kim będziemy w przyszłości zależy od nas i od tego kim jesteśmy dziś.

środa, 18 sierpnia 2010

Mądrze się gniewać...

Gniew jest odbierany jako coś negatywnego. Od małego rodzice kładą nam do głów, że jest czymś złym, że trzeba go w sobie zdusić. Czy na pewno jest zły? Otóż nie. Złe są następstwa nieodpowiedniego korzystania z daru gniewu.

Gniew sam w sobie jest czymś podobnym do bólu. Nie jest jednak bólem fizycznym i nie przejdzie po wzięciu proszków. Jest bólem ducha, po tym jak zostaniemy zranieni. Jak? Tłumaczyć nie muszę. Człowiek zaczyna się gniewać bo się nie zgadza na robienie mu czegoś, co jego zdaniem go krzywdzi. To taki brak pogodzenia. Duszenie w sobie gniewu powoduje, że kiedyś miarka się przebiera i najczęściej kończy się to wybuchem. Potem ktoś inny cierpi, bo czasem na "niekontrolowaną eksplozję" może się załapać osoba nie mająca związku z zaistniałą sytuacją. Ale może być jeszcze inaczej. Tłamszenie w sobie własnych wyrazów niezadowolenia może spowodować nawet depresję - ostatnio popularne słowo. Nie podoba nam się jak jest wokół nas, ale się nie odzywamy. Denerwuje nas to, z czasem doprowadza do frustracji. "W czajniku się gotuje", ale nie, przecież kazali siedzieć cicho, przeczekać, może przejdzie. A jak tego jest baaardzo duuużo? Też przejdzie? Człowiek sam się przywali swoim niezadowoleniem, czasem do tego stopnia, że sam się nie jest w stanie podnieść...

Jak korzystać z gniewu? Trzeba umieć w odpowiedni sposób przedstawić swoje stanowisko. Powiedzieć: "Słuchaj, nie podoba mi się, że tak robisz..." "Czuję się krzywdzony przez Ciebie bo..." itp. Zawsze trzeba się zwracać do sprawcy bólu, a nie do kolegi, koleżanki, że ktoś zrobił coś źle. Co z tego, że się pożalisz, skoro ten co zawinił i tak ma to w nosie, a może nawet nie wie, że Cię uraził. Wiem, trudno czasem zapanować nad emocjami. Ale nawet, jeżeli po tym jak powiesz skończy się ostrą wymianą zdań, to może się dowiesz z kim tak na prawdę masz do czynienia. Jeśli ten drugi jest twoim przyjacielem to się ostatecznie jakoś dogadacie. Jeśli się wystawi do Ciebie "zadkiem" to jest taki cytat z jakiejś pocztówki:

"Jeśli ktoś mówi, że przestał być twoim przyjacielem to nigdy nim nie był"

PS. /Tu był anty-przykład ale został skasowany/

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Nietykalność i samotność: Życie w zamknięciu - Post Scriptum

Na wstępie chciałbym wszystkich uspokoić. Nie będzie o samotności, takiej gdzie ktoś zostaje zupełnie opuszczony, nie ma się do kogo zwrócić, odezwać. Będzie o samotności jako chorobie ducha. Właściwie są dwie takie podstawowe choroby ducha pierwsza z nich to wspomniana samotność, a druga to grzech. O grzechu niech opowiadają lepiej znający się na tej materii. Ja się skupię na tym pierwszym zagadnieniu.

Bardzo często można spotkać osoby twierdzące, że życie w jakimkolwiek związku to nie dla nich, bo oni sobie tak założyli. Oni tego przecież nie potrzebują, po co sobie komplikować życie. Szkoda się otwierać na drugiego człowieka. No dobrze, nikt im nie karze się wiązać. Wszystkich na około traktują na dystans. Rozmawiają na dystans, żartują na dystans. Właściwie to idą przez życie jakby mieli cały czas na sobie hula-hop. Na zewnątrz są wszyscy inni. Wewnątrz ten ktoś, jego pasje i generalnie wąskie grono rzeczy, które go w życiu interesują. Taki przykład z wykładu ks. Piotra Pawlukiewicza:

Jest sobie nasz reprezentatywny "samotnik". I nagle pewnego pięknego dnia przylatuje do księdza unosząc się dwa metry nad ziemią z radości. "Co się stało?" - "Zakochałem się". Przyprowadził dziewczynę,wszystko elegancko, rozmowa. Za parę miesięcy przylatuje znowu, tyle, że sam. Ksiądz go pyta, gdzie jest jego ukochana. Odpowiada: "A to już nie ważne, była mała sprzeczka. To był kolejny życiowy błąd. Korekta kursu, rzuciłem ją. Samemu jest najlepiej. Nikt mi nie przeszkadza".

Głupie, ale prawdziwe. Najgorsze jest to, że nasz "osobnik", żyje wśród innych i tak na prawdę zgrywa poprawnego w każdym calu wobec tych spoza kółka. Niech no ktoś spróbuje wejść do środka. Automatyka, mechanizm obronny. "Nie zbliżaj się. Nie chcę, żebyś wiedziała/wiedział jaki/jaka jestem na prawdę. Nie otworzę się choćbyś nie wiem co robiła/robił. Czego ty tu w ogóle szukasz. Spadaj, a kysz..." Taka osobowościowa puszka, pozamykana na 10 spustów z zakratowanym okienkiem w drzwiach, żeby ktoś nie wszedł do środka nawet przez to okienko.

Taka osoba nie odczuwa samotności z braku innych w około. Jej samotność wynika ze źle pojętej nietykalności - szczególnej formy separacji od innych ludzi. Dobrze się czuje jedynie z osobami, które nie oczekują od niej zbyt wiele. Jakiekolwiek więzi pociągają za sobą zawsze konkretne zobowiązania. W tym układzie nie mają one niestety szans zaistnienia. Zawsze będzie jakaś ściana nie do przeskoczenia...

niedziela, 1 sierpnia 2010

Życie w zamknięciu

Zwykle cytaty były w środku i na końcu to tym razem będzie inaczej :-) Czy znacie tą piosenkę?

"Dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli otwarcie
Budowa ściany wokół siebie - marna sztuka
Wrażliwe słowo, czuły dotyk wystarczy
Czasami tylko tego pragnę, tego szukam

Na miły Bóg, życie nie tylko po to jest, by brać
Życie nie po to, by bezczynnie trwać
I aby żyć siebie samego trzeba dać" 
/Stanisław Sojka "Tolerancja"/

Wczoraj, gdy sobie siedziałem przed komputerem z gitarą na kolanie, grając z "mistrzem" pomyślałem sobie, że ta piosenka bardzo pasuje do tego co ostatnio zauważyłem. Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale ludzie rzeczywiście się coraz bardziej w sobie zamykają. Normalne kontakty między nimi zaczynają zastępować wiadomości tekstowe. Czemu tak? Bo jak się napisze SMS'a czy maila to nie ma elementu rzeczywistego kontaktu z drugim człowiekiem. To jest tylko tekst, wiadomość. Nie towarzyszą temu żadne emocje jak np. przy rozmowie telefonicznej, kiedy słyszymy głos rozmówcy. Tak może jest łatwiej, ale czy lepiej? Nie wiem dlaczego ludzie unikają rozmawiania ze sobą, nawet z osobami zaufanymi. Każdy ma jakieś problemy. Nie ma takiej osoby, która ich nie ma. I tu jest kolejne zjawisko: "Zosi samosi". Ktoś ma kłopot, jest ktoś drugi, który może pomóc, a nawet chce to zrobić. Ta pierwsza osoba nie poprosi o pomoc, bo niby po co ktoś inny ma się zajmować jej problemami, nawet jak wie, że sobie sama z nimi nie poradzi. Nie daj Boże, żeby ktoś jej zaproponował pomoc, bo się narazi tylko na narzekania, że się niepotrzebnie narzuca i wtrąca. Nasz bohater po prostu się izoluje i zamyka. Czy to źle, że kogoś innego obchodzi co się z nim dzieje? Teraz jest mało osób, które oddałyby przysłowiową "ostatnią koszulę" komuś potrzebującemu.

Osoby, o których mowa często mają bardzo wielu znajomych, ale nie mają przyjaciół. Znajomość nie zobowiązuje właściwie do niczego a przyjaźń wprowadza element odpowiedzialności względem drugiej osoby. Znajomy też specjalnie niczego nie wymaga, nie występują silne więzi emocjonalne - same zalety (?!?). Tylko dlaczego wtedy zdarza się, że kogoś drażni poczucie samotności? A może warto by było wyjść wreszcie ze swojej skorupy i się odezwać do kogoś, zaprzyjaźnić się? Prawdziwy przyjaciel nie zabierze Ci twojej wolności. Do przyjaźni trzeba tylko odrobiny chęci i zaangarzowania.

"Czy daleko, czy blisko,
czy w smutku, czy w radości
w przyjacielu znajduję
osobę , która wiernie mi pomaga
być w pełni wolnym człowiekiem" 
/Dietrich Bonhoeffer/  

PS. Jako suplemencik do puenty tym razem polecam malutką książeczkę "Dekalog przyjaźni".