Oprogramowania tego typu nie stosowaliśmy u siebie w domu do momentu, w którym "rozpowszechnienie" internetu sięgnęło wszystkich maszyn jakie mamy. Realny problem prób dostępu "z zewnątrz" sieci domowej, pojawiał się już wcześniej, gdy dowcipnisie z lokalnej sieci WiFi, z której owe medium pobieraliśmy drukowali jakieś głupoty, jak tylko zobaczyli jakąkolwiek drukarkę sieciową w ramach grupy roboczej.
Osobiście z takich wynalazków jak zapora ogniowa zacząłem używać, gdy zacząłem korzystać z uczelnianej sieci bezprzewodowej. Tam to z próbami uzyskania dostępu jest kompletna masakra bo po sieci komunikują się setki urządzeń, w tym komputerów - niektórych podłączonych do internetu, ale kompletnie niezabezpieczonych. Gdy pojawiły się pierwsze wersje Avast'a Free Antivirus 5.0, które były dość dziurawe zdarzyło mi się kilka sesji na uczelni uwieńczonych przywracaniem systemu z kopii zapasowej. Takie życie... Rozwiązaniem okazało się zainstalowanie firewall'a. Początkowo używałem Sygate Personal Frewall 5.6.2808. Stary, ale jary. Nawet bardzo stary, bo producent został wcielony w struktury Nortona i darmowe oprogramowanie pod tą marką dawno się skończyło. Teraz używam Comodo Firewall, który dużo lepiej się sprawuje pod Win XP i też jest za darmo. Z czasem okazało się, że problem na uczelni polega na wymuszaniu dostępu przez wirusy wysyłające broadcast'y (wysyłają pakiety danych do wszystkiego co pracuje po Ethernecie).
Powiem tylko, że to działa i to bardzo skutecznie. Owszem konfiguracja i określenie reguł trochę trwa, ale potem zapora działa już sama, a jej działanie objawia się jedynie obecnością ikonki w tray'u koło zegarka. U mnie w domu firewall'e budziły zawsze kontrowersje, zwłaszcza, gdy na ekranie pojawiały się okienka z zapytaniami, co zapora ma zrobić z żądaniem połączenia przez nowy program, czy "czymś" z zewnątrz. Decyzja należy wtedy do użytkownika, ale musi byś świadoma, bo jak nie... to możemy sobie zablokować dostęp do sieci dla każdej aplikacji, nawet dla przeglądarki internetowej.
Czy warto stosować takie zabezpieczenia? Jeśli nie masz kompletnego pakietu typu "internet security" to na prawdę warto.
"Nawet z kamieni, które znajdziesz na swojej drodze, możesz wybudować coś pięknego"
Witam na moim blogu.
niedziela, 31 października 2010
środa, 27 października 2010
Spotkanie Wspólnoty Ewangelizacyjnej Ruchu Ś-Ż: październik
W niedzielę odbyło się drugie spotkanie naszej Wspólnoty. Niestety nie dotarli na nie wszyscy i mimo, że pojawiły się nowe twarze była nas tylko czternastka. Tematyka spotkania była związana z dwoma pytaniami:
Wydawałoby się, na oba te pytania łatwo sobie odpowiedzieć. Okazuje, się że jednak łatwiej jest podkolorować obraz samego siebie we własnych oczach, usprawiedliwić się tym, że przecież inne osoby nie postępują lepiej. O odpowiedziach na drugie pytanie opowiem trochę dalej.
Jak zawsze zaczęliśmy od Mszy Św., której przewodził moderator Diakonii Ewangelizacji ks. Ryszard Piętka. Rozpoczął dość nietypowym przywitaniu się każdego z każdym uściskiem dłoni i pozdrowieniem "Dobrze, że jesteś". Msza szykowana była na tip-top. Było ciężko, bo z osób uprawnionych do służenia na Mszy zostałem tylko ja i jeden z kolegów, którego współpraca ze mną polegała mniej na normalnym dogadaniu się, jak na wydawaniu mi dyspozycji i oczekiwaniu robienia wszystkiego pod jego dyktando. Różnice w zwyczajach były widoczne tzn asysta zamiast harmonijnie iść do przodu cały czas była okraszona dużą dozą asekuracji. Nerwowych momentów też nie brakło... Takich klimatów nie lubię, zwłaszcza gdy ktoś mnie traktuje z góry jak głupszego, a sam jest w taki samym stopniu odpowiedzialny za skutki naszego wspólnego działania.
Emocje opadły na wspólnej Agapie. Herbatka, rozmowy, śmieszne historie z życia wzięte, podział na grupy. I spotkanie... Właściwie to podzieliliśmy się na dwie grupy. W mojej grupie podzieliliśmy się między sobą świadectwami właśnie odnośnie tego drugiego wspomnianego pytania. Co się okazało? Wiele z nas ,tam zebranych, przeszło daleką drogę, aby Bóg był dla nich tym, kim powinien być. Jakoś się pootwieraliśmy przed sobą - to nie łatwe, ale nam się udało. Co ciekawe, większość z osób mojej grupy pochodziła z Kęt. Taki mały paradoks: żeby się spotkać musieliśmy jechać aż do Hałcnowa. W sumie to sami starzy znajomi.
I byłoby wszystko to wspaniałe, gdyby osoby bez formacji w Ruchu Światło-Życie nie musiały na okrągło słuchać jacy tam wszyscy są strasznie zapracowani z powodu udzielania się w samym Ruchu bo to się robi bardzo uciążliwe. Czasem przybiera to obraz wręcz demonstracji wyższości.
O ile pierwsze spotkanie wywarło na mnie wrażenie przygotowanego i przemyślanego, to tym razem było trochę inaczej. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że na budowę tej wspólnoty nie ma jakiegoś sprecyzowanego, choćby z grubsza, pomysłu... A może to ja się mylę?
Kim jestem?
Kim jest dla mnie Jezus Chrystus?
Wydawałoby się, na oba te pytania łatwo sobie odpowiedzieć. Okazuje, się że jednak łatwiej jest podkolorować obraz samego siebie we własnych oczach, usprawiedliwić się tym, że przecież inne osoby nie postępują lepiej. O odpowiedziach na drugie pytanie opowiem trochę dalej.
Jak zawsze zaczęliśmy od Mszy Św., której przewodził moderator Diakonii Ewangelizacji ks. Ryszard Piętka. Rozpoczął dość nietypowym przywitaniu się każdego z każdym uściskiem dłoni i pozdrowieniem "Dobrze, że jesteś". Msza szykowana była na tip-top. Było ciężko, bo z osób uprawnionych do służenia na Mszy zostałem tylko ja i jeden z kolegów, którego współpraca ze mną polegała mniej na normalnym dogadaniu się, jak na wydawaniu mi dyspozycji i oczekiwaniu robienia wszystkiego pod jego dyktando. Różnice w zwyczajach były widoczne tzn asysta zamiast harmonijnie iść do przodu cały czas była okraszona dużą dozą asekuracji. Nerwowych momentów też nie brakło... Takich klimatów nie lubię, zwłaszcza gdy ktoś mnie traktuje z góry jak głupszego, a sam jest w taki samym stopniu odpowiedzialny za skutki naszego wspólnego działania.
Emocje opadły na wspólnej Agapie. Herbatka, rozmowy, śmieszne historie z życia wzięte, podział na grupy. I spotkanie... Właściwie to podzieliliśmy się na dwie grupy. W mojej grupie podzieliliśmy się między sobą świadectwami właśnie odnośnie tego drugiego wspomnianego pytania. Co się okazało? Wiele z nas ,tam zebranych, przeszło daleką drogę, aby Bóg był dla nich tym, kim powinien być. Jakoś się pootwieraliśmy przed sobą - to nie łatwe, ale nam się udało. Co ciekawe, większość z osób mojej grupy pochodziła z Kęt. Taki mały paradoks: żeby się spotkać musieliśmy jechać aż do Hałcnowa. W sumie to sami starzy znajomi.
I byłoby wszystko to wspaniałe, gdyby osoby bez formacji w Ruchu Światło-Życie nie musiały na okrągło słuchać jacy tam wszyscy są strasznie zapracowani z powodu udzielania się w samym Ruchu bo to się robi bardzo uciążliwe. Czasem przybiera to obraz wręcz demonstracji wyższości.
O ile pierwsze spotkanie wywarło na mnie wrażenie przygotowanego i przemyślanego, to tym razem było trochę inaczej. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że na budowę tej wspólnoty nie ma jakiegoś sprecyzowanego, choćby z grubsza, pomysłu... A może to ja się mylę?
Subskrybuj:
Posty (Atom)